No i tak. Za tydzień egzamin, a ja zamiast się uczyć to się ukulturalniam. Niedziela-Mastana, czyli wielki show kultury azjatyckiej. Suuuuuuper! Taniec brzucha, hinduski tradycyjny, coś w stylu bollywood, piosenki tradycyjne i nowoczesne. No i breakdance na końcu, nie byl zachwycający, ale cóż mnie nie bylo na scenie więc wiadomo:)
Dalej we wtorek kino, "My bluberry nights" bardzo pozytywny filmik. W piątek kultura x2, czyli "Światowa premiera symfoni D-mol" Daniela Tse drygowana przez kompozytora. Daniel to chłopak z pierwszego roku u nas z muzyki, komponował symfonię dwa lata, jeszcze w szkole. I (ok ku mojemu zaskoczeniu) to było naprawdę niezłe. Może mało oryginalne, ale jak na debiut... Mam nadzieę, że stanie się sławny, a ja będę sie chwalić tym wydarzeniem.
Potem teatr, czyli show "Robinson ma talent". Nie najgorsze w sumie, ja oczywiście pracowałam jako steward jak zwykle, ale czego się nie robi za darmowego drinka:)))
Ja natomiast nie jestem pewna ścieżki swojej kariery. Do maja muszę wybrać przedmioty na przyszły rok, i nie ma za bardzo czegoś co mnie interesuje. Najpewniej zoologia, bo mam dosyc przedmiotów medycznych po tym roku. Niestety, niewiele mnie modułów interesuje:(
W skrócie: muszę wybrać po dwa przedmioty na term. I tutaj jest problem: M5:"Zachowanie zwierząt" jest fajne, ale tdo tego mogę dobrać właściwie tylko M4" Neurologiczne podstawy zachowania" brrr. Tym bardziej,że polecane jako kontynuacja są "Zachowanie w populacji (super) ale do tego "geny, genomy i ewolucja zwierząt" czyli biochemia, czyli nie. Z drugiej strony "Ekologia wód" brzmi bardzo dobrze, ale co do tego? "Biologia populacji" czyt sama statystyka?????
POMOCY!!!!!
Dziękuje za wszystkie 2 urodzinowe komentarze:) Czas opisać jek świętowaliśmy ten ważny dzień, nie dlatego, że coś ciekawego się wydarzyło, ale lepsze to od pisania drugie w tym tygodniu eseju o łożyskach.

Najpierw formal dla weterynarzy, zabawa niezła, aczkolwiek nie taka jak przy stoliku obok (geografowie). Potem poraz perwszy w historii interesująca prelekcja:kobita od anatomii opowiadała o akupunkturze. Podeszłam potem ochoczo pytając, czy mogę się załapać na darmową terapię kolana. Zaczynamy w poniedziałek, ponieważ Jilly twierdzi, że jej do szczęścia wystarczy lampka wina. Jako że siedziałam koło niej przy stole i wiem w jakim tempie wino znikało, nie byłam skłonna dać jej do ręki igły. Potem clubbing, czyli pierwsze Cindy's w 2008, tylko po to, żeby przekonać się , że nowy DJ jest gorszy od starego (chociaż nikt wcześniej nie pomyśłałby, że to możliwe).
Po powrocie pogadałam sobie na skypie, i zaczęłam obawiać się nadchodzącego kaca. Może powód do dumy to nie jest, ale bawiłam się tak dobrze, że miałam bardzo realistyczne wrażenie, że cały dom się trzęsie. Tak to jesze po 3 kieliszkach nie było! Dopiero następnego dnia, dowiedziałam się co było powodem moich "halucynacji":
http://news.bbc.co.uk/1/hi/england/7266136.stm
ZIEMIA POWITALA 21 ROK MOJEGO ŻYCIA PRAWDZIWYM TRZĘSIENIEM ZIEMI!
UWAGA!!! TA NOTKA JEST BARDZO NIEODPOWIEDNIA
W piątek wieczorem oddałam się swojemu ulubionemu, (jednemu z ulubionych) zajęciu, czyli pracy w teatrze. Dla niewtajemniczonych, to w ten sposób oglądam sztukę nie płacąc za bilet. Tym razem załapałam się na inscenizację "Niebezpiecznych Związków". Poniważ bohaterowie historii mają wiele wspólnego ze studentami naszej uczelni (żyjący w hermetycznym środowisku pozbawionym prawdziwych problemów, rozpuszczeni, zajęci głównie plotkami i niekontrolowani przez nikogo), nasunęło mi się pytanie: czy wśród nas żyją ludzie podobni do markizy i Valmonta? Czy pod płaszczykiem swiątyni wiedzy i konserwatywnych obyczajów nie kryje się czasem jaskinia rozpusty?
Okazuje się, że do tego zagadnienia studenci podeszli naukowo, przeprowadzajac anonimową Student Sex Survey i publikując jej wyniki w tygodniku Cambridege i Oxfordu "Varsity". Opatrzyli je równiez stosownymi komentarzami, histroyjkami i wypowiedziami studentów. Zadne z ww nie nadaja się do publikacji na tym blogu:)
Robinson College poszedł krok dalej umieszczając w egzaminacyjnym numerze kwartalnika "The Brick" oficjalne "drzewko przyjazni". W kręgach studenckich znane jako "pulling (slangowe okreśnie pocałunku) tree". W ten sposób wszyscy zapominaja na jedna popołudnie o testach, a zewsząd rozlega się "to miała być tajemnica!", "skąd on o tym wiedział", "kim ona jest/była?", "ty z nią?i ja o tym nie wiem" itp
Ach i czymże byłyby "Niebezpieczne związki" bez zakładu? Otóż diewczyna zarzuciła koledze, że nawet ona uwiedzie inna dziewczynę szybciej niż on. Zakład przyjęto, stwką zostały nietuzinkowe kapelusze, a kontestanci spotkali się o pólnocy oboje twierdząc, że zwyciężyli. Okdrkryli jednak, że uwiedzianą osobą ( a oboje mieli naocznych świadków) jest jedna i ta sama dziewczyna. Zakład pozostał nierozstrzygnięta ponieważ delikwenka zaginęła, plotka głosi, że nie sama.
Niestety, koronę mistrza uwodzenia stracic łatwo, czego dowiódł słynny collegowy casanova. Chłopak ten chwalił się niedyskretnie imponującą długością swojego, przepraszam swojej listy podbojów. Aż pewnej nocy skonsumował zbyt wiele wina, runął jak długi na parkiecie i w pozycji tej pozostał do końca imprezy. Niestety sam, bo koleżanka, z którą był uciekła i zapewne w pozycji leżącej długo mu nikt nie potowarzyszy. I po co nam teatr skoro mamy życie?
Wiem , że coś ostatnio nie piszę, ale nie mam kiedy ani o czym. Wczoraj i dzisiaj przenoszę sie z Sick Bay do swojego starego pokoju, poza tym mam test na jutro, rezonans i dwa eseje. Plany nieco mi się pozmieniały bo miałyśmy wczoraj iść na Indian Soc Ball. Idea nieco spóźniona, bo zanim się pozbierałyśmy i dotarłyśmy do centrum z balu zostało...20min! a organizatorzy i tak chcieli pełną opłatę. Dałyśmy sobie więc spokój i zamiast tego usiadłyśmy w pubie na babskie plotki.
Moja gorączka sobotnij nocy zakończyła się prawdziwą gorzączką dzisiaj rano połączoną z bólem głowy. Tak, tym nieznośnym bólem głowy, który nie ma nić wspólnego z kacem i głośną muzyką, za to wiele z bradykinamy wydzielonymi przez walczący z przeziębieniem organizm.
We wtorek muszę zadecydować, gdzie mieszkam w przyszłym roku. Ceny pokoi sporo się rożnią, ale chyba jednak zostanę w collegu. Lenistwo-nie chce mi się łazić przez ogród nigdzie. Z nieoczekiwaną łatwością zrezygnowałam z oferty wyjazdu do MIT na przyszły rok. Nie ominę ostatniej szansy na spędzenie czasu w gronie przyjaciół, którzy potem kończą studia. Wcale mi sie z Cambridge ruszać nie chce, czyżby młoda podróżniczka znalazła swoje miejsce na ziemi?
Kulawiec miała bardzo ambitny tydzień. Siedziałam w labie i na wykładach całymi dniami, a jak nie to u fizjoterapeuty. Bez obaw, znalazło się trochę czasu na inne dziwne rzeczy.
We wtorek ostatnie praktyki z bakteriologii. Będzie mi ich brakowało, to jedyne, na których wiedziałam o co chodzi. Chociaz nie było tak fajnie jak w zeszłym tryestrze, bo otaczali mnie irytujący ludzie-ktrórzy-wszystko-wiedzą. "przecież to równanie było na ostatnim seminarium!" (dlaczego u mnie w notatkach w jego miejscu widniej wyjątkowo udany portret Gangesa?).
Streptoccocus uśmiechnęła się do mnie spod mikroskopu. Lubię ją. Zawsze ładnie sie barwi i łatwo ją odróżnić. Poza tym powoduje moje peranentne spuchnięcie kolana, wzbudzające litość u supervisorów.
We wtorek poszłam na doroczną ślepą randkę. Było... dziwnie. Całkiem sympatycznie,ale chłopak maił 18 lat i studiował matematykę i fizykę. Cóż, to mówi samo za siebie.
Brakuje mi koni, wioseł, tańca i czasu, żeby to wszystko robić nawet, gdybym mogła.
Piję sobie herbatę i się wściekam jest jeden z takich dni kiedy wszystko idzie na opak. Idę wcześnie spać w związku z tym.
Na razie czuję się trochę jak kobieta spodziewająca się dziecka, której nikt już nie pyta "co u ciebie?" tylko "jak tam ciąża?". Ja dostaję każdego maila/smsa i pozdrowienia z "jak kolano?" na wstępie. Zupełnie jakby w moim życiu nie było innych aspektów. Poza tym moje kolano maleje, a nie rośnie, chociaż nadal wygląda jakby było w ciąży. Zwłaszcza po ciężkim dniu jak dzisiaj.
Więc co tam u mnie? Głupie sesje, głupi wykładowcy, głupie zadania, brak snu, głupi koledzy, fajni koledzy, ci którze mnie potrzebowali naglae potrzebują mnie bardziej, ci których ja potrzebowałam zawsze i tak czekają, a dalecy stali się jeszcze dalsi. Innymi słowy te same problemy co zawsze, tylko z racji zaistniałej sytuacji wszystkie kłopoty się wyolbrzymiają.
Odliczam dni do rezonansu. Za kilkanaście dni dowiem się, czy jesteśmy z moim kolanem zdrowi czy nie. Trzymajcie kciuki.
Dla przypomnienia:piękna alpejska pogoda, góry i słońce...(sorry Mamuś, że to Twoje zdjecie ale innych nie mam a tu i tak nic nie widać). A ja sobie podskakuję na jednej nodze...część dalszą historii lepiej opowie mój list do biura:
Biuro Podróży Rainbow Tours
SKARGA
Szanowni Państwo,
W okresie 28.12.2007 -03.01.2008 wyjechałyśmy z Państwa biurem na wycieczkę „Ski Safari” do doliny Zillertalu w Austrii. Niestety wyjazd nie spełnił naszych oczekiwań.
Po pierwsze, autokar, którym podróżowaliśmy był nieodpowiedni na tego typu wyjazd. Organizatorzy nie zapewnili wystarczająco dużo miejsca na sprzęt narciarski i bagaże, co spowodowało przymusowy postój w Czechowicach-Dziedzicach i przedłużenie podróży. Ponadto, piętrowy autokar nie poruszał się sprawnie po górach co było nie tylko nieprzyjemne, ale wręcz niebezpieczne.
Ponadto, pilotka pani Monika, okazała się osobą wysoce niekompetentną. Nie dostosowywała programu do panujących warunków pogodowych i narciarskich, na przykład wyjazd na lodowiec w śnieżycę, podczas gdy na innych stokach były tego dnia lepsze warunki. Dodatkowo, plan dnia, miejsce i godziny zbiórek nie były z uczestnikami wycieczki konsultowane. Pani Monika ignorowała stopień zaawansowania poszczególnych narciarzy, co dla prowadzącego tego typu wyjazd jest rzeczą niedopuszczalną. Przykładowo zadecydowała o ponownym wyjeździe do stacji Hochzillertal zamiast planowanego Hochffugen, ponieważ „i tak można przejechać do Hochffugen na nartach”. Fakt, że dla pewnej części uczestników było to niemożliwe (trasy przejazdu czerwone, nie niebieskie) został pominięty.
Skandalicznym można uznać zachowanie pani Moniki w okolicznościach mojego wypadku na Hochffugen. Po upadku wezwaliśmy pomoc, która przyjechała natychmiast i zadzwoniliśmy do pilotki. Pani Monika powiedziała, cytuję „ja nie mam jak do Hochffugen dojechać [z Hochzillertall], jak państwo [ ja lat 20 i mój kolega, uczestnik wycieczki lat 17] znają angielski, to sobie poradzą, proszę zadzwonić , jak państwo wyjdą od lekarza to przyjadę po państwa autokarem”. Po chwili zadzwoniliśmy ponownie, ponieważ ratownicy nie znali angielskiego i nie bylibyśmy w stanie się z nimi porozumieć. Pani pilotka porozmawiała z nimi chwilę i była to jej cała pomoc. Rachunek lekarski wyniósł 470 Euro płatne gotówką, której to kwoty nie posiadaliśmy. Pani Monika, po naszych wielokrotnych telefonicznych apelach zgodziła się przyjechać i zapłaciła żądając pokwitowania i natychmiastowego zwrotu całej sumy po dotarciu na miejsce zbiórki, mimo wcześniejszych zapewnień, że rachunki powyżej 200 EURO pokrywa ubezpieczyciel. Ponadto, przyjechała do lekarza autokarem, zostawiając w ten sposób cała grupę na parkingu, ze sprzętem, ponieważ wypadała planowana godzina zbiórki.
Z poważaniem,
Tak poza tym, to nie umiem pisac takich rzeczy, więc wszelkie komentarze co do stylu/formy/treści mile widziane. I fotki:
Pogoda na lodowcu
Mój nowy pokój i kule (wózka nie wstawiam, źle się kojarzy)
Moja biedna nożka na wypasionej czerwonej kanapie
Z przerażeniem odkrywam, że siedzenie w domu mi nie służy: raz dostaje cudownej twórczo-naukowej weny, a raz popadam w totalne doły "nikt mni nie kocha, nie lubi i nie potrzebuje". Ale zacznijmy może od początku nieopisanej jeszcze historii:
Sylwester w Zillertalu. Super sprawa, ski safari codziennie jeździmy w innym miejscu, także wszystkich tras przejechać nie sposób, nawet nie chce mi sie jeździć off piste, co rzadko mi się, wariatce zdarza. Ostatniego dnia pojechaliśmy jednak drugi raz w to samo miejsce, do Hochzillertal, a nie do Hochfugen, żeby autokar nie musiał podjeżdżać za wysoko. Żeby nie było, wycieczkę planowała pilotka(zresztą ze swoim mężem) w taki sposób, żeby jej, a nie nam, było wygodnie. Ponieważmialam szczęście i jeździlam z kolegą-entuzjastą-tras-czarnych umówiliśmy sie, że znikamy na druga stronę góry do hochfugen, tam jemy, pijemy piwo i szalejemy na czarnych trasach. Reszta historii powinna brzmieć: jadąc po puchu i uciekając przed poruszoną przez krawędzie moich nart lawiną wypadłam na czarną trasę. I tam z ogromną prędkością wybijam sie na muldzie i koziołkując spadam 200 m w dół.
Tymczasem, ja wyczynowiec dojeżdżam do planowanej trasy smętnie snując sie czerwoną. z glowa w chmurach,a tu wyskakuje szerokim plugiem maluch. Odruchowo sręcam ostro w prawo i...leżę na śniegu z naderwanym wiazadłem. Nikt nie wierzy, że nie mogę wstać i zjechać dalej, ale ból przyprawia mnie o zawroty głowy. Ktoś wzywa pomoc, a moje marzenia o przejażdżce super skuterem za plecami przystojnego ratownika pryskaja jak bańka mydlana bo dwoch matolów zwozi mnie toboganem, oczywiście do hochfugen, co drogą jest jakies 50km od miejsca zbiórki... Ale to dopiero początek...
Zacznijmy wieści z Nowego Roku tym, że nie mogę chodzic i strasznie mnie to denerwuje. Mam naderwane wiazadło w kolanie, a do lekarza idę jutro zamiast wczoraj, bo wszyscy nagle postanowili zastrajkować. Więc na razie snuje sie sie pomiędzy "za dwa tygodnie będziesz normalnie chodzic" a "czeka cie operacja i co najmniej pół roku do odzyskania jako takiej sprawności". Co do minionego roku, to czas na sukcesy i porażki każdego miesiaca. Zaczynamy od skucesów:
I czas na porażki:
niedziela, 21 marca 2010
Licznik odwiedzin: 22303
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||

Ewa(rhiana@wp.pl). Od trzech lat w Cambridge, gdzie studiuje medycyne weterynaryjna. Uwielbiam moje studenckie zycie,pratktyki i naukowe ekspedycje. W wolnych chwilach trenuje(wczesniej wioslarstwo, ostatnio piecioboj nowoczesny)albo zastanawiam sie, gdzie zboczyc nastepnym razem po drodze z Polski do Anglii..
Moje przygody ze studiów na legendarnej uczelni w obcym kraju i innych miejsc, ktore odwiedzam po drodze z Angli do Polski. Troche o kulturze, troche o nauce i troche o wszystkim i niczym.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: