Piję sobie herbatę i się wściekam jest jeden z takich dni kiedy wszystko idzie na opak. Idę wcześnie spać w związku z tym.
Na razie czuję się trochę jak kobieta spodziewająca się dziecka, której nikt już nie pyta "co u ciebie?" tylko "jak tam ciąża?". Ja dostaję każdego maila/smsa i pozdrowienia z "jak kolano?" na wstępie. Zupełnie jakby w moim życiu nie było innych aspektów. Poza tym moje kolano maleje, a nie rośnie, chociaż nadal wygląda jakby było w ciąży. Zwłaszcza po ciężkim dniu jak dzisiaj.
Więc co tam u mnie? Głupie sesje, głupi wykładowcy, głupie zadania, brak snu, głupi koledzy, fajni koledzy, ci którze mnie potrzebowali naglae potrzebują mnie bardziej, ci których ja potrzebowałam zawsze i tak czekają, a dalecy stali się jeszcze dalsi. Innymi słowy te same problemy co zawsze, tylko z racji zaistniałej sytuacji wszystkie kłopoty się wyolbrzymiają.
Odliczam dni do rezonansu. Za kilkanaście dni dowiem się, czy jesteśmy z moim kolanem zdrowi czy nie. Trzymajcie kciuki.
Dla przypomnienia:piękna alpejska pogoda, góry i słońce...(sorry Mamuś, że to Twoje zdjecie ale innych nie mam a tu i tak nic nie widać). A ja sobie podskakuję na jednej nodze...część dalszą historii lepiej opowie mój list do biura:
Biuro Podróży Rainbow Tours
SKARGA
Szanowni Państwo,
W okresie 28.12.2007 -03.01.2008 wyjechałyśmy z Państwa biurem na wycieczkę „Ski Safari” do doliny Zillertalu w Austrii. Niestety wyjazd nie spełnił naszych oczekiwań.
Po pierwsze, autokar, którym podróżowaliśmy był nieodpowiedni na tego typu wyjazd. Organizatorzy nie zapewnili wystarczająco dużo miejsca na sprzęt narciarski i bagaże, co spowodowało przymusowy postój w Czechowicach-Dziedzicach i przedłużenie podróży. Ponadto, piętrowy autokar nie poruszał się sprawnie po górach co było nie tylko nieprzyjemne, ale wręcz niebezpieczne.
Ponadto, pilotka pani Monika, okazała się osobą wysoce niekompetentną. Nie dostosowywała programu do panujących warunków pogodowych i narciarskich, na przykład wyjazd na lodowiec w śnieżycę, podczas gdy na innych stokach były tego dnia lepsze warunki. Dodatkowo, plan dnia, miejsce i godziny zbiórek nie były z uczestnikami wycieczki konsultowane. Pani Monika ignorowała stopień zaawansowania poszczególnych narciarzy, co dla prowadzącego tego typu wyjazd jest rzeczą niedopuszczalną. Przykładowo zadecydowała o ponownym wyjeździe do stacji Hochzillertal zamiast planowanego Hochffugen, ponieważ „i tak można przejechać do Hochffugen na nartach”. Fakt, że dla pewnej części uczestników było to niemożliwe (trasy przejazdu czerwone, nie niebieskie) został pominięty.
Skandalicznym można uznać zachowanie pani Moniki w okolicznościach mojego wypadku na Hochffugen. Po upadku wezwaliśmy pomoc, która przyjechała natychmiast i zadzwoniliśmy do pilotki. Pani Monika powiedziała, cytuję „ja nie mam jak do Hochffugen dojechać [z Hochzillertall], jak państwo [ ja lat 20 i mój kolega, uczestnik wycieczki lat 17] znają angielski, to sobie poradzą, proszę zadzwonić , jak państwo wyjdą od lekarza to przyjadę po państwa autokarem”. Po chwili zadzwoniliśmy ponownie, ponieważ ratownicy nie znali angielskiego i nie bylibyśmy w stanie się z nimi porozumieć. Pani pilotka porozmawiała z nimi chwilę i była to jej cała pomoc. Rachunek lekarski wyniósł 470 Euro płatne gotówką, której to kwoty nie posiadaliśmy. Pani Monika, po naszych wielokrotnych telefonicznych apelach zgodziła się przyjechać i zapłaciła żądając pokwitowania i natychmiastowego zwrotu całej sumy po dotarciu na miejsce zbiórki, mimo wcześniejszych zapewnień, że rachunki powyżej 200 EURO pokrywa ubezpieczyciel. Ponadto, przyjechała do lekarza autokarem, zostawiając w ten sposób cała grupę na parkingu, ze sprzętem, ponieważ wypadała planowana godzina zbiórki.
Z poważaniem,
Tak poza tym, to nie umiem pisac takich rzeczy, więc wszelkie komentarze co do stylu/formy/treści mile widziane. I fotki:
Pogoda na lodowcu
Mój nowy pokój i kule (wózka nie wstawiam, źle się kojarzy)
Moja biedna nożka na wypasionej czerwonej kanapie
Z przerażeniem odkrywam, że siedzenie w domu mi nie służy: raz dostaje cudownej twórczo-naukowej weny, a raz popadam w totalne doły "nikt mni nie kocha, nie lubi i nie potrzebuje". Ale zacznijmy może od początku nieopisanej jeszcze historii:
Sylwester w Zillertalu. Super sprawa, ski safari codziennie jeździmy w innym miejscu, także wszystkich tras przejechać nie sposób, nawet nie chce mi sie jeździć off piste, co rzadko mi się, wariatce zdarza. Ostatniego dnia pojechaliśmy jednak drugi raz w to samo miejsce, do Hochzillertal, a nie do Hochfugen, żeby autokar nie musiał podjeżdżać za wysoko. Żeby nie było, wycieczkę planowała pilotka(zresztą ze swoim mężem) w taki sposób, żeby jej, a nie nam, było wygodnie. Ponieważmialam szczęście i jeździlam z kolegą-entuzjastą-tras-czarnych umówiliśmy sie, że znikamy na druga stronę góry do hochfugen, tam jemy, pijemy piwo i szalejemy na czarnych trasach. Reszta historii powinna brzmieć: jadąc po puchu i uciekając przed poruszoną przez krawędzie moich nart lawiną wypadłam na czarną trasę. I tam z ogromną prędkością wybijam sie na muldzie i koziołkując spadam 200 m w dół.
Tymczasem, ja wyczynowiec dojeżdżam do planowanej trasy smętnie snując sie czerwoną. z glowa w chmurach,a tu wyskakuje szerokim plugiem maluch. Odruchowo sręcam ostro w prawo i...leżę na śniegu z naderwanym wiazadłem. Nikt nie wierzy, że nie mogę wstać i zjechać dalej, ale ból przyprawia mnie o zawroty głowy. Ktoś wzywa pomoc, a moje marzenia o przejażdżce super skuterem za plecami przystojnego ratownika pryskaja jak bańka mydlana bo dwoch matolów zwozi mnie toboganem, oczywiście do hochfugen, co drogą jest jakies 50km od miejsca zbiórki... Ale to dopiero początek...
Zacznijmy wieści z Nowego Roku tym, że nie mogę chodzic i strasznie mnie to denerwuje. Mam naderwane wiazadło w kolanie, a do lekarza idę jutro zamiast wczoraj, bo wszyscy nagle postanowili zastrajkować. Więc na razie snuje sie sie pomiędzy "za dwa tygodnie będziesz normalnie chodzic" a "czeka cie operacja i co najmniej pół roku do odzyskania jako takiej sprawności". Co do minionego roku, to czas na sukcesy i porażki każdego miesiaca. Zaczynamy od skucesów:
I czas na porażki:
czwartek, 18 marca 2010
Licznik odwiedzin: 22258
| « styczeń » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||

Ewa(rhiana@wp.pl). Od trzech lat w Cambridge, gdzie studiuje medycyne weterynaryjna. Uwielbiam moje studenckie zycie,pratktyki i naukowe ekspedycje. W wolnych chwilach trenuje(wczesniej wioslarstwo, ostatnio piecioboj nowoczesny)albo zastanawiam sie, gdzie zboczyc nastepnym razem po drodze z Polski do Anglii..
Moje przygody ze studiów na legendarnej uczelni w obcym kraju i innych miejsc, ktore odwiedzam po drodze z Angli do Polski. Troche o kulturze, troche o nauce i troche o wszystkim i niczym.
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: